Piotr Parzyszek dla VI: „Straciłem kontrolę nad własną karierą”

Piotr Parzyszek (w środku) podczas meczu z Heraclesem Almelo.

Anglia, Belgia, Dania – Piotr Parzyszek dopiero co skończył 24 lata, ale ma już za sobą bogatą piłkarską karierę. W PEC Zwolle wreszcie otrzymał szansę udowodnienia swojej wartości w Eredivisie. Historia polskiego Arnhemczyka, który w zbyt młodym wieku na własnej skórze poznał złą stronę zawodowej piłki.

„Często śmieję się z holenderskich sędziów. Zazwyczaj mówią do mnie po angielsku. Wiesz z kim często tak miałem? Z Edem Janssenem. Przed meczem trochę się wygłupiam, życzę mu dobrego meczu, a on odpowiada po angielsku. Zabawne. Mówię więc że spokojnie może rozmawiać ze mną po niderlandzku. „Przepraszam, przepraszam” – odpowiada. Myślę że to naprawdę śmieszne.”

Piotrowi Parzyszkowi przytrafia się to regularnie. Kibice, dziennikarze, a nawet sędziowie próbują porozumieć się z nim w innym języku. Teraz nowy lider ataku PEC Zwolle językiem niderlandzkim posługuje się doskonale, ale jako dziecko większość wolnego czasu spędzał z piłką przy nodze, a nie z podręcznikiem.

Parzyszek urodził się w Toruniu, ale w wieku 6 lat wyemigrował z matką do Geldrii. Ponoć jest „wpadką”. Jego biologiczny ojciec zniknął kiedy w 1992 roku Hanna Parzyszek zaszła w ciążę. W 1999 roku samotna matka podjęła decyzję o emigracji: „Znam polski i niderlandzki. Oprócz tego chodziłam do szkoły dwujęzycznej. Możemy przeprowadzić wywiad także po angielsku.” – zaczyna matka Piotra.

„Moja matka chciała lepszego życia dla swojego syna. Pracowała jako pielęgniarka i zarabiała sześć razy więcej niż w Polsce. Dzięki niej i ojczymowi miałem dobre dzieciństwo. Kopałem piłkę na placu za naszym domem, grałem w amatorskiej Eldenii, a w każdą niedzielę siadałem przed telewizorem i oglądałem skróty z Premier League. Ruud van Nistelrooy, wielki Arsenal z Dennisem Bergkampem i Therrym Henrym. Tak jak moi znajomi miałem bzika na punkcie futbolu. Typowy holenderski chłopiec. Jedyna różnica? Może moje polskie imię.”

Może arnhemski Polak. Parzyszek nie ma może dialektu Nicky’ego Hofsa czy Theo Janssena, ale charakteryzuje go ten sam entuzjazm i brawura. Jako uczeń ma też karnet Vitesse. Proponowaliśmy też przeprowadzić wywiad w mieście, w którym się wychował, ale napastnik wolał Doetinchem. Spotkaliśmy się z nim w hotelowej restauracji, gdzie w przyszłym roku będzie się żenić. Z okna widać jego starą szkołę średnią, kilka kilometrów dalej trenują przyszli Superboeren. „Jeśli to by zależało ode mnie, to chciałbym swoją karierę zakończyć tutaj, w De Graafschap. Przez ostatnie lata zwiedziłem kawałek świata. Może za dużo, jak na kogoś w wieku 24 lat. W końcu właśnie tutaj spędziłem najpiękniejszy czas mojego życia. W Doetinchem naprawdę nauczyłem się co oznacza być profesjonalnym piłkarzem.”

Piotr Parzyszek w barwach De Graafschap podczas meczu z Achilles ’29

Cios

Ostatnie zdanie ekscytuje zmysły. Kto wygugluje nazwisko Parzyszek znajdzie młodego piłkarza z nieco zbyt bogatym CV. To rodzi pytania. Już dorosły piłkarz zabiera głos. Wszystko zaczyna się dla niego w Arnhemskiej dzielnicy De Laan. Tam, gdzie za radą swojego ojczyma stara się odbijać piłkę od latarni na zmianę lewą i prawą nogą. Strzelanie trenuje na typowym miejskim boisku. Trzy słupy, siatki brak, więc każdy gol wiąże się z ryzykiem nurkowania w zagajniku i zniszczenia dżinsów. Parzyszek ma talent i w wieku 11 lat trafia do akademii Vitesse. Marzenia się spełniają. Swój pokój ma ozdobiony plakatami w żółto-czarnych barwach. Umowa jest taka że może zostać na przynajmniej dwa lata. W ten sposób może skończyć szkołę podstawową. Po roku jego marzenie zostaje nagle zniszczone. „Według Pascala Jansena nie byłem wystarczająco dobry żeby zostać zawodowym piłkarzem.”

To był jednak miły cios. Parzyszek decyduje się kontynuować karierę w amatorskim ESA, gdzie strzela gola za golem. Będące pod wrażeniem PSV zaprasza go na kilka sesji treningowych. Dopiero lata później napastnik dowie się że transfer zablokowała jego matka, która chciała chronić syna przed kolejną rozczarowującą odmową. Jednak zawodowy futbol wciąż kusi. Praktycznie wszystkie kluby Eredivisie zanotowały już nazwisko Parzyszka w swoich bazach danych. Jest duży, obunożny i, co najważniejsze, strzela bramki z każdej pozycji. Jego tajemnica? „Johan Cruijff mówił że w piłkę gra się w 90% głową. Wypróbowałem to w praktyce. Przede wszystkim obserwowałem innych napastników i starałem się od nich czegoś nauczyć. Całkiem dobrze mi to wychodziło.”

Nieoszlifowany diament

Rodzina początkowo się z nim nie zgadza, ale Parzyszek w końcu przenosi się do De Graafschap. W Doetinchem zyskują nieoszlifowany diament. Napastnik z łatwością zdobywający bramki, który przede wszystkim chciał się dobrze bawić. „Byłem zajęty zabawą, dziewczynami. Wiesz, taki wiek. Jako piłkarz miałem specyficzny status.” – śmieje się. Koledzy z drużyny z podobnym stylem życia po roku zostali pożegnani. Polak mógł zostać, ale pod pewnymi warunkami. „Musiałem przyjść do biura Alexa de Crooka. Zapytał co zrobiłbym, żeby zostać zawodowcem, Musiałem się zmienić i to natychmiast. Moja matka w tym czasie była chora. Była to dla mnie motywacja, żeby osiągnąć sukces jako piłkarz.”

Skauci bacznie obserwowali rozwój Parzyszka. Kiedy miał 15 lat, do Anglii chciało go sprowadzić Blackburn Rovers. W tajemnicy. „Agent powiedział żebym zgłosił chorobę. Wtedy mógłbym potajemnie wyjechać. Mój ojczym uznał jednak, że musimy grać z De Graafschap w otwarte karty.” Rovers zrezygnowali i nawet sparing z Aston Villą, w którym zdobył bramkę, nie zaowocował podpisaniem kontraktu. De Graafschap nie chciało ryzykować i związało się z 16-letnim wówczas piłkarzem trzyletnim kontraktem. Jego debiut nadszedł dwa lata później. Jupiler League obfituje w sensacyjne wydarzenia i Piotr stał się jedną z takich sensacji. W pierwszych dwóch sezonach nastolatek trafia do siatki 26 razy. Kiedy otrzymuje powołanie do młodzieżowej reprezentacji Polski zaczyna się przeciąganie liny o młodego Arnhemczyka. De Graafschap i Benfica doszły do porozumienia przy kwocie miliona euro. Młoda gwiazda Superboeren widzi portugalski zespół jako dużą szansę, ale zrezygnował, kiedy uznał że Benfica jest zbyt opieszała jeśli chodzi o finalizację transferu.

„Myślę że nie spodobało się to księgowemu De Graafschap.” – przypomina sobie napastnik. „Dzwonił i twierdził że to był dla mnie świetny transfer… Klub potrzebował pieniędzy.”

Po tym jak De Graafschap odrzuciło ofertę Nantes (Francuzi chcieli zapłacić w trzech ratach), transfer wydawał się mało prawdopodobny. Telefon zadzwonił jednak tuż przed zamknięciem okna transferowego. Według jego ówczesnego agenta zainteresowanie wykazywał Standard Liege. „Właściwie to był właściciel Standardu – Roland Duchâtelet. Jest też właścicielem Charlton Athletic i chciał najpierw sprowadzić mnie do Anglii. Co pomyślałem? Angielski futbol w niedzielę o piątej po południu. Przypomniałem sobie Robina van Persiego na The Valley. Dzień później siedziałem już w samolocie. Zapłacili 850 tysięcy i podpisałem kontrakt na 4 i pół roku. Chciałem dostać pół roku czasu żeby się przystosować. Potem wcisnąłbym gaz. Wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. W sumie zagrałem jeden mecz. W pewnym momencie już nawet przestałem trenować z drużyną.”

Towar

Latem pojawił się promyk nadziei, kiedy trenerem Charlton został Bob Peeters. „Oczywiście! Miałem karnet Vitesse, Śpiewałem i klaskałem na jego cześć. W przygotowaniu do nowego sezonu zaliczyłem kilka minut i brałem udział w obozie treningowym w Marbelli. Dobrze się dogadywałem z Peetersem. Mimo to poszło źle. „Duchâtelet dzwonił.” – oznajmił mi Peeters. ”Jeśli nie przejdziesz do Sint-Truiden to wrócisz do zespołu rezerw.” Peeters chętnie by mnie zatrzymał w kadrze, ale niestety nie miał nic do powiedzenia.”

Parzyszek stał się tylko przedmiotem transakcji i zdaje sobie z tego sprawę. Jego podpis w Charlton to dla Duchâteleta tylko gryzmoł. Ta historia, przypomina tę napastnika Heerenveen Rezy Ghoochannejhada, który też wplątał się w sieć belgijskiego milionera. „Teraz, mądrzejszy o doświadczenia, nigdy bym nie podpisał kontraktu w Charlton. To był błąd.” – wspomina napastnik PEC. „Straciłem kontrolę nad własną karierą.”

Wahając się Polak zgadza się na belgijską przygodę. Trafia tam na zasadzie wypożyczenia. Z 11 bramkami w 31 występach ma duży udział w wywalczeniu mistrzostwa drugiej ligi. Obie strony chcą kontynuować współpracę, ale Duchâtelet decyduje inaczej. Napastnik wraca do Anglii. Razem ze swoją dziewczyną i nowo narodzoną córką mieszkają w przytulnym hotelowym pokoju. Parzyszek może trafić do innego zespołu. Belgijski biznesmen twierdzi że może zorganizować wypożyczenie do węgierskiego Újpestu, który przypadkiem jest zarządzany przez Rodericka Duchâteleta. A w zasadzie przez jego syna. W końcu Parzyszek zostaje wypożyczony do Randers FC. Duńska przygoda kończy się na 118 minutach. „Sytuacja była straszna. Piłkarsko to nie grało, trener nie był uczciwy. Ale przede wszystkim chodzi o moją dziewczynę Patty. Siedzieliśmy tam z naszą córeczką, w mieście, w którym nikogo nie znaliśmy. Była taka nieszczęśliwa. Jako nastolatek marzyłem o grze za granicą. O najlepszych rozgrywkach. Wtedy miałem 22 lata i grałem już w czterech krajach. Oczywiście inaczej to sobie wyobrażałem. Tam w Danii zadzwoniłem do swojego agenta i powiedziałem: Pozwól mi tylko rozwiązać kontrakt. Straciłem dużo pieniędzy, ale byliśmy tam bardzo nieszczęśliwi. To nie było tego warte.”

Podsumowanie

Umowa została podarta na kawałki. Parzyszek jest wolnym zawodnikiem i wraca do De Graafschap. Superboeren nadal grają w najwyższej lidze. Polak jest tylko zastępcą Vincenta Vermeija. W następnym sezonie zyskuje status pierwszego napastnika, ale już w Jupiler League. Dwa lata po transferze marzeń jest w tym samym miejscu. „Rodzina i przyjaciele zastanawiali się czy muszę to znowu robić, grać w Jupiler League. Oczywiście odczułem to jako krok wstecz. Moja dziewczyna, która przez cały czas mnie wspierała i byłaby przy mnie nawet gdybym grał w piłkę w Uzbekistanie, znowu się uśmiechała. To było najważniejsze po tych wszystkich latach.”

Z chłodną głową i otoczony rodziną Parzyszek zdobył w poprzednim sezonie dla grających w kratkę Superboeren 25 bramek. Jest wolnym zawodnikiem i mógłby zaoszczędzić trochę za granicą, ale podziękuje. Parzyszek ma odłożone pieniądze. Ma 23 lata, zna już rozgrywki angielskie, duńskie i belgijskie, a w międzyczasie przewinęło się trzech menadżerów. Nadszedł czas na odpoczynek. I Eredivisie. „Miałem nadzieję na klub taki jak PEC. W rozmowie z trenerem Johnem van ’t Schipem i dyrektorem technicznym Gerardem Nijkampem dowiedziałem się wystarczająco dużo. Pieniądze mnie wcale nie interesowały. Chciałem po prostu grać w piłkę w stabilnym klubie Eredivisie. To nie znaczy że już brak mi ambicji. Chciałbym zrobić jeszcze kilka kroków. Na przykład chciałbym kiedyś zagrać w reprezentacji Polski. Czemu nie? Kiedy strzelasz w Eredivisie przyciągasz zainteresowanie. Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Teraz przede wszystkim cieszę się że jestem pełnoprawnym piłkarzem Eredivisie.”

Parzyszek przegonił ciemne chmury i jeszcze długo nie spotka go taki pech jak w Anglii czy Danii. Nawet fakt że wciąż czeka na swoją pierwszą bramkę dla Zwolle, a mecz przeciwko Groningen zaczął na ławce nie może zepsuć mu nastroju. Nie tylko dlatego że jego córka Zofia właśnie wbiegła do restauracji i wskoczyła tatusiowi na kolana. „To może przez to wszystko co przeszedłem, albo przez urodziny tej kochanej dziewczynki, ale długo się jeszcze tak nie zdenerwuję.” – mówi nowy napastnik PEC Zwolle. „Kiedy byłem młody chciałem wszystkiego. Zobaczyć świat, grać w najlepszych ligach. Pięć lat temu pewnie bym oszalał po serii kilku meczów bez strzelonej bramki. Teraz wiem że w życiu trzeba czasami być cierpliwym. Zawsze zdobywałem dużo bramek, tak będzie też w Zwolle.”

Wywiad ukazał się w magazynie Voetbal International a jego autorem jest Stef de Bont.

Dla naszej strony przetłumaczył go Adam Sankowski.

Oryginalny wywiad można przeczytać pod tym linkiem

https://www.vi.nl/pro/overig/piotr-parzyszek-ik-was-de-regie-over-mijn-carriere-kwijt#_=_

Dodaj komentarz

Facebook